niedziela, 7 grudnia 2014

Tomasz Rodowicz o...

Pozwolę sobie umieścić poniżej tekst Tomasza Rodowicza lidera i reżysera Teatru Chorea. Ten artykuł ukazał się na portalu e-teatr 20 stycznia tego roku, jako że 2014 dobiega końca chcielibyśmy przypomnieć Państwu tę krótką, ale za to bardzo treściwą refleksję Pana Rodowicza. 
~M


SOS dla młodych twórców

Całe nasze życie - indywidualne i zbiorowe - już od dawna tkwi w kleszczach konsumpcjonizmu i kiczu. Nie ma sztuki, jest rynek sztuki. Sztuki się nie uprawia, sztukę się sprzedaje. Sztuka musi ewaluować i przynosić wymierne korzyści - pisze Tomasz Rodowicz z Teatru Chorea.
Sytuacja młodego teatru, performerów i tancerzy jest dramatyczna. Są degradowani do skrajnie amatorskich (w złym znaczeniu tego słowa) działań, ale nie z powodu braku kwalifikacji czy talentu, ale z powodu warunków, w których muszą tworzyć. Nie stać ich na wynajem sal (więc pracują po domach), na zrobienie porządnej scenografii (więc chodzą po złomowiskach i śmietnikach), nie mówiąc już o nagłośnieniu i światłach, które są redukowane do żenującego minimum. A już w ogóle nie mówiąc o jakimś minimalnym wynagrodzeniu. Jeśli dostaną jakąś pieniężną nagrodę, to pakują w sprzęt, lub w nowy spektakl, prawie nigdy nie biorąc jej dla siebie. Najłatwiej powiedzieć - to niech robią coś innego, na przykład: idą na pocztę, albo pojadą sobie na zmywak do Zjednoczonego K. Właśnie moja bliska znajoma jedzie do Hiszpanii, zostawiając tu dwójkę dzieci, żeby przez trzy miesiące zarobić na nowy spektakl, który nie wiadomo dlaczego chce robić TU! Czy to nie wariactwo?
Oni - ci młodzi (i nie tylko młodzi), ten teatr będą robić, a naszym zasranym obowiązkiem jest im w tym pomagać i chronić talenty. Bo dopiero po paru spektaklach - gdy uformuje się grupa, gdy znajdą swój własny język, uwolnią się od swoich mistrzów - mają coś do powiedzenia. Czy ich los ma zależeć od humoru lub układu z panem kierownikiem domu kultury, czy od pani Zosi, która da im klucz na salę?
"Oni" mają coś do powiedzenia o sobie i o otaczającym ich syfie. I często nie są to przyjemne rzeczy - ale prawdziwe i ich. I oni mają prawo buntować się i obrażać nas. Czy chcemy, żeby jedynymi miejscami, z których będzie można obrażać nas i nasze dobre samopoczucie będą sceny narodowe, albo marsze podległości? Młodzi zawodnicy z tych marszy nie znają słowa teatr - a może mogliby, gdyby koleś z podwórka miał gdzie ich zaciągnąć? W końcu to, co uprawiają na ulicy, to dobrze zorganizowany teatr ze swoimi pointami i katharsis.
Po pierwszym "Robimy nowe" miałem dużo sygnałów i rozmów, że jest coś na rzeczy i że trzeba to kontynuować. Zrozumiałem z tych sygnałów, że to ja mam kontynuować. Ale tak naprawdę to MY, czy WY ma(cie)my kontynuować. (Nie wiem gdzie przebiega ta granica. JA nie siedzę po drugiej stronie ekranu, siedzę, kurwa, po tej samej co TY - który to czytasz. Więc jeśli się zgadzasz - to pisz MY, a jeśli się nie zgadzasz - to też pisz, tylko wtedy - WY, i nie używaj za dużo wulgaryzmów, bo to dopiero początek rozmowy.) Tylko nie mów, że "jesteś ze mną", bo ja nie jestem w jakimś więzieniu czy szpitalu i nie zamierzam rzucać petard, tylko działać skutecznie. I nie potrzebuję wsparcia duchowego, tylko fizycznego działania. Wiec nie "bądź ze mną", tylko wymyślaj i pisz ze mną, albo przeciwko mnie - jak Ci pasuje. Zatem to MY mamy kontynuować i szukać rozwiązań, proponować nowe systemy rozdawnictwa publicznych pieniędzy (np. na edukację poprzez sztukę) i wciągać w dyskusje decydentów.
Całe nasze życie - indywidualne i zbiorowe - już od dawna tkwi w kleszczach konsumpcjonizmu i kiczu. Nie ma sztuki, jest rynek sztuki. Sztuki się nie uprawia, sztukę się sprzedaje. Sztuka musi ewaluować i przynosić wymierne korzyści. Zainfekowanie tym myśleniem każe prowadzić decydentów i wszystkich "zdrowo myślących" do prostego wniosku, że sztuka musi na siebie zarabiać. I mało kto krzyczy głośno, że to absurd. Być może jakiś ułamek procenta sztuki zarabia na siebie i to są wielkie gwiazdy, wielkie nazwiska, wielkie koncerty i filmy (tam gdzie kupujących produkt mogą być tysiące), często wypromowane przez szołbiznes, kuratorów i marchandów.
Przyszłość kultury i nowe prądy w sztuce wyznaczają niepokorni artyści i niewielkie grupy twórcze, a nie rechot bywalców i tańce celebrytów przed kamerami. Szołbiznes - czyli pokazywanie swojego interesu - powinien kwitnąć póki ludzie chcą się bawić i za to płacić, i póki decyzja o realizacji wydarzenia będzie wyznaczana potencjalną "oglądalnością". Nie powinno to jednak być identyfikowane nie tylko ze sztuką, ale w ogóle z tzw. kulturą (chyba że z kulturą spożycia). Choć czasami szołbiznes wykrada jej (sztuce) to i owo, i od ogromnego wysiłku artysty zależy czy nie zamieni go w gówno. Jak podawał świąteczna "Polityka" [nr 52/12.2013] w świetnym artykule Mariusza Hermy o muzyce pop, zapowiedziach płyt i koncertów, coraz częściej pojawiają się dopiski: zespół znany z reklamy i tu pojawia się nazwa mydła, samochodu lub kosmetyku.
Sztuka performatywna traci coraz częściej mecenat prywatny - czyli bezinteresowny - i wchodząc na tzw. rynek, staje się miejscem barterów, umów wiązanych i giełdą zależności, lub naginania własnej działalności do ogłaszanych corocznie nowych priorytetów. Pieniądze idą tam, gdzie publiczność liczy się w setki i tysiące. Jakość nie odgrywa roli, liczy się tylko oglądalność.
Opieka nad tym, co twórcze, niezależne, młode, kruche i nowe (i generujące ryzyko), spada na państwo i dysponentów pieniędzmi podatnika. Inaczej szanse na "nowe" będą się kurczyć i będziemy lubić oglądać rzeczy, które już widzieliśmy - czyli inż. Mamoń z "Rejsu" (filmu, który jak pamiętamy, długo nie mógł zejść z półki, nie tylko dlatego że ośmieszał system, tylko głównie dlatego, że łamał wszelkie konwencje).
Więc do konkretów. Być może można znaleźć w każdym województwie czy regionie grupę i miejsce, które podjęłoby się oceny, weryfikacji i wyboru najciekawszych, najbardziej rokujących zjawisk artystycznych, które nie są w stanie funkcjonować bez opieki i minimalnych środków, bez miejsca na próby i minimalnej obsługi. W rozmowie z wysokim urzędnikiem usłyszałem: to jest obowiązek lokalnych władz i samorządu. Nic bardziej mylnego. Pierwsze z brzegu przykłady: lokalne władze na warszawskiej Pradze podnoszą czynsze niezależnym artystom, pracowniom i teatrom, cynicznie uzasadniając to modą i wzrostem zainteresowania tą dzielnicą, zapominając zupełnie, że to właśnie ci artyści spowodowali, że lewa strona miasta zaczęła się zapuszczać w te zapyziałe dzielnice, na drugą stronę Wisły. Znam trzy zespoły, które działając tam od wielu lat, będą zmuszone w najbliższym czasie zwijać żagle.
Radni w Poznaniu, z powodu niefortunnego wystąpienia szefowej Teatru Ósmego Dnia na temat nowo wybranego papieża, zdecydowały o obcięciu budżetu palcówki na rok 2014, chociaż nie jest to raczej placówka kościelna. Zero merytorycznego uzasadnienia!
Władze wojewódzkie warmińsko-mazurskiego podjęły decyzję o likwidacji etatów pozwalających na socjalnym minimalu funkcjonować członkom zespołu Węgajty i realizować kulturotwórcze projekty z obszaru europejskiej muzyki sakralnej. itd., itd., itd...
Działać niezależnie od kaprysów miejscowych polityków, w czasach, w których polityka kreuje najwięcej agresji i zależności, jest trudno. To muszą być wieloletnie programy, owszem współfinansowane przez miasta i regiony, ale przydzielane przez instytucje dobrze zorientowane na wartości, sztukę niekomercyjną i edukację, i wolne od miejscowych przepychanek.
Mała stabilizacja, czy stagnacja, w której obecnie się nasze społeczeństwo znalazło - tzn. poczucie, że jutro mamy co włożyć do gara - budzi o dziwo w naszym narodzie demony. U polityków agresję, u ludzi nieufność i różnego typu fobie (od narodowych, po społeczne i seksualne), u dziennikarzy zdebilenie, u młodych regres w dzieciństwo, lub ucieczkę w osobność.
Żeby się obudzić potrzebne nam czołgi (cudze), krew, głód i łzy - dopiero wtedy będziemy gotowi do poświęceń, szlachetni i piękni! Ten typ nad Wisłą tak ma.
Ale ja to już przerabiałem i wiem, że kończy się zawsze tak samo - na samym końcu małą stabilizacją.
Jedyne co sprawdziłem na własnej skórze, co budzi na dłużej i niekoniecznie z rozlewem krwi, agresją i nakręcaną frustracją, to sztuka i edukacja przez sztukę. Bycie stwórcą i bogiem (na swoim podwórku), tworzenie własnego świata i współtworzenie go z innymi. A potem dzielenie się tym jeszcze z innymi. Działa to bardziej trwale, bo odwołuje się do doświadczania i kreowania, a nie do cytowania i naśladowania. Ale nie sztuka oglądana czy zapożyczana, tylko uprawiana własnym językiem, w długich procesach, z udziałem i uczestnictwem na wielu poziomach, nie odtwarzana, ale tworzona.
Na to potrzebne są spotkania, rozmowa, tworzenie programów i własne narzędzia, zdobywanie środków oraz przestrzeni do działania. Miej miejsce, czyli zrób miejsce w którym chcesz żyć.
Ale najpierw rozmowa...
P.S. Portal, do którego zaprosił mnie Marcin Polak i gdzie pierwotnie ukazał się ten tekst nazywa się "MIEJ MIEJSCE" i o "mieniu miejsca" tam pisałem: o miejscu, ludziach i warunkach, które trzeba stworzyć, zdobyć, wywalczyć, wykraść, wyrwać, wynegocjować, wyprosić, (każdy wybiera sobie jeden bezokolicznik najbardziej pasujący do jego sytuacji), gdzie będzie mógł w pełni odpowiadać za realizację swoich marzeń, w konfrontacji z tzw. rynkiem sztuki, popkulturą, tzw. realiami życia i innymi używkami neokapitalizmu RP.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza